Masaż, jak wiemy, można podzielić na leczniczy i przyjemnościowy. Gdy spojrzeć na to nieco szerzej, zarówno te mające na celu polepszyć nasze zdrowie fizyczne, jak i te poprawiające samopoczucie, dzielą się jeszcze na parę kategorii. Samego podziału przytaczać nie będę, bo jakby nie o to w tym chodzi. Chciałam jedynie przekazać, że za słowem masaż nie kryje się leżący na stole półnagi pacjent i pani ze spiętymi włosami, która go po tej „półnagości” dziwnie dotyka. Masaż to skomplikowany rytuał, którego komplikacja ciągnie się od masażysty, przez samą sztukę masażu, do obiektu, nad którym owe czary są wykonywane. Gdy dodać do tego jeszcze wszelkie rekwizyty i zaplecze, którym dysponuje nasz czarodziej, bez głębszego namysłu możemy nazwać masaż sztuka przez duże S. Ta rytualność wprowadza akt masażu w specjalną atmosferę, która działa również na sferę duchową pacjenta, który na dobrą sprawę nie jest już tylko pacjentem, a uczestnikiem owej sztuki. Jeśli idzie o masaże nie będące leczniczymi to wbrew pozorom działają one w szczególności na sferę duchową pacjenta, a cała fizyczność tego zabiegu jest tylko nitką w przysłowiowej drodze do kłębka. Ważna jest atmosfera, cała ta otoczka, która roztaczana wokół stołu z pomocą olejków i świec zapachowych tworzy warunki idealne do tego, aby dotrzeć do duchowości pacjenta. Nie bagatelizuję oczywiście rangi fizycznego dotyku podczas masażu. Jest to kluczowa dla tego zabiegu sprawa, aczkolwiek chciałem zwrócić Wam szczególną uwagę na tę druga stronę, której chyba nie mamy na myśli, gdy słyszymy słowo masaż.